2 wrz 2017

Minęło trochę czasu...

Ostatni raz byłam tu dość dawno. Po tym wszystkim co się wydarzyło tak szybko jakoś nie do końca chciałam tu być. Myśli krążyły mi po głowie, zastanawiałam się dlaczego to tak wszystko wyglądało. Stwierdziłam jednak, że tak miało być, że chyba dobrze się stało. Zajęłam się teraz zupełnie inną formą bloga. Montowanie sprawia mi więcej radości, niż pisanie, choć nie wychodzi mi to dobrze, ale każdy kiedyś zaczynał, nie każdy od razu wiedział co i jak. Nie mowię, że nie wrócę, bo nie wiem co się wydarzy, co mi przyniesie jutro, jednak nie chcę zostawiać tego bloga bez wyjaśnienia. Zbyt często porzucała moje blogi twierdząc, że tego i tak nikt nie czyta, teraz wiem, że jest kilka osób, które śledziły moje wpisy, no i tak głupio mi Was zostawić, nie mówiąc ani słowa.

Może to nie jest do końca poukładane tak jakbym chciała, ale jest. Częściej będę tu: Kanał na YouTube

Co wtorek i piątek o 15:00 czasu polskiego będzie nowy filmik.

Narazie wszystko jeszcze raczkuje, narazie uczę się jak to może wyglądać, jak to wszystko działa i spędzam nad tym sporą część mojego czasu, ale maluje uśmiech na twarzy. Mam już tam kilka pięknych wspomnień ze Stanów, mam kilka pogadanek, mam to co chcę, a to jest najważniejsze.

Pamiętaj żeby zawsze się rozwijać i żeby robić to, co daje Ci szczęście, nieważne na jakiej płaszczyźnie życia teraz się znajdujesz.

Przesyłam buziaki,
Julia

27 lip 2017

Czy agencja może mieć Cię gdzieś? Oczywiście ...

Myliłam się... Rodzinka wcale nie była taka idealna, a agencja ? Okazała się być niepomocna. Nikogo nie interesuje, że wsadziłam w ten program tyle kasy, swój czas i chęci. Może zacznijmy od początku ...
Przyjechałam do rodzinki i wszystko było cudowne, każdy się uśmiecha, pyta "How are you?", dzieci uśmiechają się, wykazują zainteresowanie, pokój ze zdjęciami mojej rodziny wszystko ładnie pięknie, ale chyba to wszystko zbyt mocno przypomina American Dream. No halo normalne życie przecież tak nie wygląda... Pierwsze dwa tygodnie wyglądały tak jak powinny, praca maksymalnie 45 godzin tygodniowo nie więcej niż 10 godzin dziennie, dzieci też kochane, chcą się bawić, pokój przytulny, host rodzice pytający, czy wszystko Ok, czy czegoś nie potrzebuję, jadaliśmy kolację razem, lodówka pękała w szwach, pozwalają mi brać wszystko na co mam ochotę, pieski też fajne, bardzo się cieszyły na mój widok. Dwa tygodnie minęły, przez ten czas przewinęło się kilka bóli brzucha, ale to przecież normalnie inne jedzenie i te sprawy... potem hości zapomnieli mi dać na paliwo co tygodniowe 15$, pomyślałam, że zapomnieli, dadzą mi następnym razem, nie dali... Dzieci nie chciały się słuchać, pomyślałam, że przecież mają gorszy okres, zdarza się. Potem hostka zaczęła mieć problem z odpisywaniem na moje pytania, pomyślałam, że przecież jest zajęta. Psy zaczęły załatwiać się w domu, myślałam, że jak na właścicieli przystało wyjdą z nimi chociaż dwa razy dziennie, myliłam się. Auto wciąż na rezerwie pod koniec tygodnia, a jeździłam tylko z dziećmi. Z dnia na dzień zaczęłam coraz bardziej otrząsać się z tego American Dream, miałam wrażenie, że zmierza ku American Nightmare. Po pierwszym miesiącu stwierdziłam, że ciężko jest płacić za swoje jedzenie z marnej wypłaty Au Pair, próbowałam troszkę przyoszczędzić na czym się dało. Pracowałam kilka dni powyżej 10 godzin dziennie, byłam zmęczona i nie nikt mi za to nie płacił dodatkowo. Jeździłam z koleżanką jej autem tylko dlatego, żeby nie dopłacać za paliwo, żeby dojechać do sklepu i spowrotem, bo ledwo starczało na jazdę z dziećmi. Dzieci zaczęły naprawdę zachowywać się jak małe diabły. Na początku dziewczynka miała zakaz używania telefonu, mogła używać go tylko chwilę dziennie w domu przy hostach, potem dostawała go jak była ze mną po to, żeby opowiadać mamie co się dzieje. Pojechaliśmy na zajęcia z golfa, okazało się, że mała nie wzięła butów, pytałam czy jest jakiś problem z tym, że nie ma tych konkretnych, powiedzieli mi, że może być w tych. Ucieszyłam się, bo byłam głodna i chciałam pojechać z koleżanką zjeść śniadanie. Jechałyśmy w aucie (byłyśmy jakieś 20 minut od golfa) i hostka do mnie napisała smsa, że muszę przywieźć małej buty na zajęcia, na co ja napisałam, że teraz mam chwilę wolnego i chciałabym coś zjeść(bo u nich w  domu nie było nic na śniadanie, czasem nawet dzieci nie miały co jeść i jadły imitacje chleba z masłem), powiedziałam jej, że jestem tak daleko, że stracę całą tą przerwę na jazdę w kółko. Ona pracująca w domu stwierdziła, że przywiezie te buty, po czym po powrocie z golfa do domu wzięła mnie na rozmowę, że nawet w godzinach mojej przerwy muszę stawiać ich rodzinę na pierwszym miejscu. Nie powiem, ale nie spodobało mi się to, szanujmy swój czas, nie mogę być w pracy 24 godziny na dobę... Potem mała zaczęła mi dogryzać, wyzywać mnie, porównywać do najgorszego, naśmiweała się, nic nie chciała robić, zjedzenie śniadania zrobionego przeze mnie było ogromnym problemem, wolała robić sobie sama masę rzeczy i rozwalać wszystko wokół, żebym tylko po niej sprzątała. Hości jadali kolację sami z dziećmi, nie zapraszali ani nie wołali mnie na kolację tak jak przez pierwsze dwa tygodnie. Zostawiali wszystko po kolacji rozwalone i do posprzątania dla mnie rano. Specjalnie nie używałam zmywarki tylko zmywałam ręcznie po dzieciach, a oni zostawiali zmywarkę z brudami do tego brudy w zlewie i na stole. Zaczynałam się denerwować, ale co miałam zrobić, przecież to są moje obowiązki...
Nadszedł dzień, który przesądził o wszystkim. Cały czas mała próbowała ze mną dyskutować. Tego dnia miała posprzątać swój pokój. Po powrocie z zajęć pozwoliłam jej chwilę odpocząć i powiedziałam, że już czas iść do góry i zacząć sprzątać swój pokój. Powiedziała, że jeszcze chwilę, po jej słowach chłopiec, którym się opiekowałam zaczął z nią dyskusję, że on ustawi czas na 10 sekund i wtedy ona pójdzie sprzątać. Minęło te 10 sekund nawet kilka więcej i powiedziałam, że już naprawdę czas iść do góry i zacząć sprzątać, bo mama tak kazała. Na co mała powiedziała, że nie będzie sprzątać. Poszłam do góry i zaczęłam ogarniać pokój wywalając do worka masę śmieci(cały pokój był zawalony, ciuchy czyste z ciuchami brudnymi, zabawki, koce, kartki, śmieci, biżuteria, dosłownie wszytsko co można znaleźć w pokoju 10 latki było na podłodze i łożku wymieszane), po chwili przyleciała do swojego pokoju i zaczęła się drzeć, że mam zostawić jej rzeczy, na co ja jej odpowiedziałam, że nie chciała sprzątać to ja miszę to zrobić, bo mama kazała a potem przychodzą goście. Po tych słowach wpadła w panikę i wzięła jeden worek ze śmiećmi i zamachnęła się nim z całej siły i mnie uderzyła. Wstałam i powiedziałam, że w takim razie ma sama zacząć sprzątać. Ona powiedziała, że nie, no to ja zabrałam się za wyniesienie śmieci z jednej części pokoju pod drzwi, ona wstała i podleciała do mnie z całej siły jaką miała uderzając mnie w miejsce miedzy mostkiem a żebrami, po tym powiedziałam jej, że nigdy więcej nie podniesie na mnie ręki, schodząc na dół pisałam smsa do hosta o treści "uderzyła mnie dwa razy, to już za dużo..." weszłam do swojego pokoju i zaczęłam pakować swoje rzeczy. W trakcie pakowania zadzwoniłam do koleżanki czy będzie mogła mnie w razie coś przenocować. Po chwili dostałam smsa zwrotnego od hosta, że wraca do domu. Zanim on wrócił zdążyłam się spakować. Czekałam na koleżankę (nie wiedziałam wtedy, że host jest w domu) ona zadzwoniła do drzwi, więc pobiegłam otworzyć a na kanapie obok drzwi wejściowych leżał host i próbował zasnąć. Po tym wszystkim wiedziałam, że to nie ma sensu. Zabrałam swoje wszystkie rzeczy wychodząc tylnym wyjściem i pojechałam z koleżanką do niej. Zadzwoniła do mnie Pani z agencji APIA i pytała co się wydarzyło. Opowiedziałam jej to wszystko i powiedziała, że lepiej będzie jak tą noc spędzę u koleżanki (nikt nie wiedział, że zabrałam wszystkie swoje rzeczy). Następnego dnia zadzwoniła do mnie Pani z agencji i powiedziała, że mała powiedziała, że to ja ją uderzyłam. Ja jej powiedziałam, że mam smsa, że posałam do hosta w tej sprawie, że to ona mnie uderzyła i to dwa razy. Powiedziała, że muszą to wyjaśnić i zadzwonią później. Czekałam dwa dni( wciąż mieszkając u koleżanki) w końcu odbieram od niej telefon i ona mówi, że będą musieli dać mnie w remach, zgodziłam się, bo co innego mi pozostało. Chwile pózniej zadzwoniła i powiedziała, że mała zmieniła zeznania. Wszystko fajnie pięknie czekam na ten remach i czekam. Piszę maile czekam na odpowiedź. W końcu kilka dni pózniej dzwoni do mnie ta sama Pani z agencji informując, że mam jak najszybciej opuścić teren Stanów Zjednoczonych, pytam ale jak, dlaczego? Co z moim remachem? A ona twardo na swoim, że mam opuścić teren Stanów Zjednoczonych. Zapytałam co w sytuacji, kiedy nie mam pieniędzy bo od tygodnia mieszkam u koleżanki i nikt mi za to nie płaci. Ona na to, że niech rodzice z Polski zapłacą mi za bilet i mam wracać. Ja odpowiedziałam, że moi rodzice nie mają pieniędzy na takie coś. Stwierdziłam, że mogę tu zostać u koleżanki i sama czegoś poszukam. Pani z Agencji znalazła mi bilet wysyłając go mailem (kwota biletu to 1043$) i napisała, że tyle właśnie mam zapłacić agencji. Ja jej odpisałam, że nie mam skąd wziąć takich pieniędzy i w takim razie nie wsiądę do tego samolotu. Ona napisała, że muszę opiścić teren USA, a ja jej odpisałam, że nie mam takich pieniędzy. Koniec końców, napisała żebym tylko wsiadła w ten samolot do domu i tyle. Tak niestety zrobiłam po 2,5 miesiącach w Stanach.

Wiem tylko tyle, że moja ex host rodzinka dwa dni pózniej miała już kogoś na moje miejsce, jakbym nie istniała. Okazało się też, że hostka była w stałym kontakcie z agencją, narzekając na wszystko. Wiem też, że jako potencjalna host rodzina nie mają w papierach remachu, więc są czyści. Tak sobie pięknie wszystko załatwili...

Coś o rodzince...
Mieszkają w Arlington, VA koło Waszyngtonu, DC
Dwójka rodziców (host i hostka)
Dwójka dzieci : chłopiec J.(nie wiem czy mogę podać imię) - 8 lat skończył w Maju 2017, dziewczynka J. - 11 lat skończy w Grudniu 2017.
Mają dwa psy; labrador i mieszaniec, mają też rybkę w kuchni(chociaż nie wiadomo czy nie zdechła jak nikt jej nie karmił)
Mieszkają w dużym domu w North Arlington, mają auto dla Au Pair i tylko 15$ na paliwo.

Pięknie się przedstawili i fajnie wyglądali. Okazało się po przyjeździe ze dostałam zbiór zasad. Miałam nie mieć curfew a miałam na auto. Nie mogłam jechać dalej niż do 30 mil od domu. Mieli mi dawać na paliwo, żeby wystarczało, a ledwo starczało na wożenie dzieci. Miałam jadać z nimi kolację, ale potem jakoś o tym zapomnieli. Mieli kupić mi coś do jedzenia jakbym chciała a sama musiałam kupować za swoje. Dużo by wymieniać...

Pamiętaj najważniejsze pytania zadawaj mailowo, żeby mieć odpowiedź czarno na białym. Pytaj o wszystko i się nie bój, Amerykanie pięknie potrafią kłamać(nie wszyscy, ale wiesz o co mi chodzi). Bądź podejrzliwa i sprawdzaj wszystko, często mijają się z prawdą.

Do następnego !

15 lip 2017

Czas najwyższy

Założyłam kanał na YouTube. Tak stało się, jednak na razie nie ma rewelacji, chcę opowiedzieć tam wszystko; jak wygląda moja przygoda z byciem Au Pair w USA, o tym czy agencja jest pomocna, gdy masz problemy, o tym jak to jest z angielskim, o tym jak to jest wrzucić kogoś na głęboką wodę. Nie zabraknie też mnie i mojego życia, które często płata mi różne figle, będą uśmiechy i łzy, będzie szczęście i irytacja - wszystko tak jak jest naprawdę.

Nowe filmy planuję dodawać we wtorki i piątki o godzinie 15:00 czasu polskiego.

Mój YouTube  - zapraszam :)

Do następnego!

6 lip 2017

Stolica Stanów Zjednoczonych a Nowy Jork

Czas porównać dwa miasta - Waszyngton i Nowy Jork. Z racji tego, że w każdym mieście byłam przynajmniej dwa razy, mogę powiedzieć trochę na temat różnic, które zauważyłam.

Zacznijmy od Nowego Jorku:




Nowy Jork - jest naprawdę fajny, przechodząc ulicami miasta mijasz miejsca, które zdarzyło Ci się widzieć w filmie, jest dość tłoczno, słyszysz trąbiące na siebie samochody, widzisz żółte taksówki, prawie każdy przechodzi na czerwonym świetle, na ulicach zauważasz porozsypywane śmieci, czasem coś śmierdzi, mijasz bezdomnych. Na bogatych dzielnicach jest nieco czyściej. Ludzie zazwyczaj są zabiegani, często biegają z telefonem w ręku, można spotkać wiele narodowości już na samym Time Square (jest to jedno z najbardziej tłocznych miejsc), wszędzie jest daleko, metro owszem funkcjonuje i jest dość oblegane, jednak do najczystrzych to ono nie należy. Nowy Jork jest miastem które nigdy nie śpi i chyba faktycznie mogę się z tym zgodzić, zawsze są auta, ludzie, światła, trąbienie na siebie nawzajem, masa turystów robiąca sobie zdjęcia gdzie popadnie. To miasto jest tak oświetlone, że czasem można pomylić noc z dniem.


Czas na Waszyngton:






Waszyngton - lubię to miasto, jest w nim czysto, spokojnie, wszędzie jest blisko, można wypożyczyć rowery i zwiedzić prawie całe miasto w jeden dzień. Nie jest tłoczno, ale turystów pojawia się całkiem sporo, jednak nie przeszkadza to jakoś bardzo w zwiedzaniu. Zamiast żółtych taksówek często można zauważyć czerwone, czasem niebieskie, samochody nie trąbią na siebie tak często jak w Nowym Jorku. Gdy na niebie robi się szaro zapalają się światła oświetlające główne atrakcje w Waszyngtonie. Możemy spotkać ludzi spacerujących, ale także takich który się spieszą. Można posiedzieć na trawie podziwiając widoki, można spędzić miło czas bez pośpiechu. Tutaj nie przechodzi się na czerwonym świetle (chociaż niektórym się to zdarza), na szczęście dzięki temu, że jest czyściej niż w Nowym Jorku nie unoszą się w powietrzu nieprzyjemne zapachy. Często słychać i widać startujące samoloty, a mając odrobinę szczęścia można zobaczyć helikopter prezydenta.

Na koniec jeszcze kilka zdjęć...

Nowy Jork...




Waszyngton...






Do następnego!

27 cze 2017

Wycieczka po Nowym Jorku na Orientation

Większość czasu wycieczka odbyła się w autobusie, jednak odwiedziliśmy Time Square, Top of The Rock, z daleka ujrzeliśmy Statułę Wolności, jednak jeśli zastanawiasz się czy płacić około 80$ za wycieczkę, a będziesz mieszkać do 4-5 godzin od Nowego Jorku, to nie warto, chyba, że Twoja przyszła Host Family za to zapłaci. :) Wydaje mi się, że lepiej zwiedzić Nowy Jork we własnym tempie i zobaczyć wszystko na co masz ochotę, jednak pamiętaj, że trzeba liczyć n to kilka dni.

Nowy Jork...

Są żółte taksówki:

Słynne flagi pod Top of The Rock:

Widok z Top of The Rock:




Time Square:


Widok ze słynnych chyba większości dobrze znanych czerwonych schodów na Time Square:

Na Time Square nie brakuje atrakcji:

Nocą:

W oddali można dostrzec Statułę Wolności:

Wycieczka krótka, zabawnie prowadzona, w większości czasu oglądałyśmy sporo kluczowych miejsc przez szybę w autobusie, ale fajnie, że moja Host Family wykupiła mi tą wycieczkę, sama nie zdecydowałabym się, żeby na start wydać te pieniądze. 

Co do Nowego Jorku to jest dość brudny, czasem wygląda strasznie, ale ma swój urok, zwłaszcza wtedy, gdy widzisz jakieś miejsca i od razu przypomina Ci się scena z filmu. 

Do następnego!

20 maj 2017

Jak wygląda praca Au Pair ?

Każdy z moich dni jest dość podobny, pracuję od poniedziałku do piątku, weekendy mam wolne, jednak jeśli bardzo zależy Ci na wolnych weekendach, to rozmawiając z rodzinką musisz po prostu się dowiedzieć jak to wygląda u nich. Zacznijmy od początku...
Codziennie budzik dzwoni mi o 7 rano, zanim wstanę z łóżka jest około godziny 7:10, poranna toaleta, ubranie się i wybija 7:30 - czas iść na górę ( tak mieszkam w basement, ale mam duże okno w pokoju ) zazwyczaj dzieci schodzą na dół do kuchni, czasem muszę iść i powiedzieć im, że czas już wstawać. Będąc już w kuchni w pierwszej kolejności robię śniadanie dla dzieci, zazwyczaj jest to chleb/bajgel/bułka z masłem/dżemem/serem do tego zawsze dostają jakiś owoc ( jabłko/kawałek arbuza/banan ), i jeszcze albo woda/mleko/sok. Gdy dzieci zaczynają już jeść szykuję im podobną kanapkę do szkoły (pytam ich na co mają ochotę), do takiej kanapki dorzucam im owoc tak jak wyżej, marchewkę, lub jakieś warzywo i dodatkowo batonik musli czy coś podobnego. Czasem zdarza się, że chcą coś oprócz tego (zdarza się to bardzo rzadko) jest to jakaś sałatka, którą mamy w lodówce, jakiś makaron, zależy na co mają ochotę. Sprawdzamy plecaki, pakujemy śniadaniówki i zazwyczaj jest już wtedy koło 8:15. Dzieci biorą miski dla psów (mamy dwa psy), nakładają im karmę, ja dolewam świeżej wody i około 8:25-8:30 wychodzą z psami dosłownie na chwilę i około 8:40 czasami chwilę później przyjeżdża autobus pod sam dom, także nie mają daleko. Od około 8:55 mam już czas wolny na śniadanie czy cokolwiek.
Po południu dzieci wracają około 15:45-16:00 zależy czy wracają autobusem czy muszę po nich pojechać (jechać po nich muszę dwa razy w tygodniu, chyba, że coś komuś wypadnie jak wizyta u dentysty, albo cokolwiek podobnego). Wtedy jedzą coś na szybko, zazwyczaj jest to coś z mikrofali, albo to co rano. Po szybkim posiłku zaczynamy jeździć na zajęcia dodatkowe. Zazwyczaj zaczynają zajęcia około 16:30-17:00 i kończą wszystkie około 18:00-19:00 są chyba dwa takie dni, kiedy kończą później, ale wtedy zazwyczaj ktoś ich odwozi.
Tak naprawdę na tym moja praca się kończy... Raz na dwa, trzy miesiące moi hości wychodzą na kolację dla dorosłych, więc w ten jeden dzień pilnuje ich dłużej, do moich obowiązków należy wtedy pilnowanie żeby nic im się nie stało - to chyba oczywiste, ale też mam sprawdzić czy dzieci umyły zęby i położyły się najpóźniej o 22:00, oni wracają około 22:30.

Godziny pracy w dużej mierze zależą od wieku i ilości dzieci oraz tego jak bardzo samodzielne są. Wydaje mi się, że wolne weekendy pozwalają na podróżowanie, ale także na odpoczynek, który naprawdę się przydaje podczas bycia Au Pair. Dzieci potrafią wyssać całą energię, albo nią zarażać.

A teraz na koniec coś, co powiedziałabym sobie podczas szukania rodzinki (wtedy niewiele wiedziałam, czasem było mi głupio):
Zawsze pytaj o przykładowy grafik, rozmawiaj z dziećmi na Skypie, aby jak najlepiej je poznać, pytaj o auto, o paliwo, o czas wolny, o zwierzęta, o to czy będziesz musiała sie nimi zajmować, nie zapomnij spytać czy lubią wychodzić gdzieś sami, czy wyjeżdżają gdzieś na wakacje, co lubią robić w wolnym czasie itp. Może nie wszystko na pierwszej rozmowie, ale z czasem pytaj o jak najwięcej, żeby potem nie było niepotrzebnych niedomówień, albo rematchu.

Póki co nie mam co narzekać, rodzinka trafiła mi się naprawdę fajna, mają swoje minusy jak każdy, ale to może być naprawdę fajny rok z nimi.


Do następnego!

16 maj 2017

Pierwszy raz

Po przylocie tu okazało się, że całkiem dużo tych 'pierwszych razy' przede mną, a niektóre już za mną.

Zacznijmy od tego, że pierwszy raz leciałam samolotem - nie było tak źle, start był jak najbardziej ok, lot dłużył mi się bardzo, posiłki nie do końca smaczne, lądowanie trwało 40 minut i tak jak wcześniej pisałam przypominało ciągłe spadanie z najwyższego punktu podczas huśtania się.
Pierwszy raz jestem tak daleko od domu - wszystko fajnie, za granicą byłam kilka razy, ale co z tego... Świadomość tego, że to około 7000 km drogą przez Ocean - lekko przerażające.
Pierwszy raz będę zdana tylko na siebie przez tak długi czas, będę musiała załatwiać wszystko sama w innym języku (wcale tak dobrze nie mówię po angielsku).
Pierwszy raz będę musiała posługiwać się językiem, który nie jest moim ojczystym prawie 24h (pomijając oczywiście rozmowy z rodziną itp.)
Pierwszy raz nie będę spędzać z mamą tak dużo czasu (okay przecież będę z nią rozmawiać, ale to nie to samo, bo mamy dobre relacje).
Pierwszy raz nie będę tak długo widzieć się z narzeczonym (pomijając fakt, że ma przylatywać, jednak to duża zmiana).
Pierwszy raz nie będę widywać się z rodzeństwem i tatą praktycznie codziennie.
Pierwszy raz nie będę przytulać się do mojego psa prawie codziennie, a ona biedna nie będzie wiedziała o co chodzi i dlaczego mnie nie ma.
Pierwszy raz mieszkam z tak naprawdę obcymi mi ludźmi (przecież znamy się tylko z rozmów na Skypie i maili).
Pierwszy raz jeździłam większym autem (do tej pory jeździłam niskimi, małymi i zwinnymi autami).
Pierwszy raz musiałam spakować się w ograniczoną kilogramowo walizkę na tyle czasu, ale udało się.
Pierwszy raz jadłam steka, tak do tej pory nie odważyłam się na zjedzenie steka.
Pierwszy raz zatęskniłam za polskim chlebem, tutaj każdy jest albo słodki, albo tostowy.
Pierwszy raz zrozumiałam ludzi, którzy wplatają do polskiego angielskie słówka, lub na odwrót. Złapałam się na tym kilka razy jak cały dzień rozmawiałam po angielsku (przynajmniej starałam się), a potem rozmawiałam z moją rodziną i zapomniałam kilku słów w polskim i mój mózg automatycznie chciał użyć angielskiego słówka.
Pierwszy raz nie spędzę świąt w gronie rodziny.
Pierwszy raz ze wszystkim będę musiała radzić sobie sama, oczywiście mogę zapytać Hostów o to jak coś zrobić, jednak większość dnia nie ma ich w domu, więc będę zdana na siebie.


Napewno o czymś jeszcze zapomniałam, jednak tych "pierwszych razy" będzie naprawdę sporo, ale jakoś trzeba sobie z tym wszystkim dać radę.

Do następnego!